Filip Springer: w trosce o ład

Filip Springer: w trosce o ład

Filip Springer to jeden z jurorów programu Lechstarter, w którym Leszek Chmielewski przygotował aż milion złotych na projekty wpływające pozytywnie na funkcjonowanie polskich miast. Z tej okazji znany i ceniony fotograf oraz reporter zabrał głos w temacie ładu.

Mamy problem. Ciągle nie jesteśmy gospodarzami w miastach, w których żyjemy. Ich przestrzenią rządzą ludzie i mechanizmy, na które w pojedynkę mamy niewielki wpływ. Sami jesteśmy zbyt mali.

A miasto to przecież coś tak bardzo wspólnego. To nie abstrakcyjny byt czy piękna idea – to rzeczywistość, w której codziennie funkcjonujemy i z którą nieraz musimy się zmagać. Miasto na nas wpływa – może zamienić nasze życie w piekło, albo sprawić, że będziemy bardzo szczęśliwi. Wszystko zależy od tego, czy zdecydujemy się uczestniczyć w jego kształtowaniu. Jeśli pozwolimy, by zrobił to za nas ktoś inny, nie możemy oczekiwać, że uwzględni nasze potrzeby. Niby dlaczego miałby to robić?

Polskim miastom brakuje przede wszystkim szeroko rozumianej harmonii. Ten deficyt przekłada się bezpośrednio na jakość życia ich mieszkańców. Pierwsza rzuca się w oczy rzecz jasna wizualna kakofonia. Niemal każde działanie przestrzenne cechuje tu chęć wyraźnego zaznaczenia swojej obecności w przestrzeni. Ten krzyk jest dziś podstawowym składnikiem budulca z jakiego klecimy polskie miasta. Przy czym każdy krzyczy tu tak, jak umie – na ile starcza mu klasy i kasy. Niskobudżetowy krzyk to szpetny baner powieszony nielegalnie przy dużym skrzyżowaniu. Wysokobudżetowy to szklany wieżowiec postawiony w centrum miasta, w którym nigdy żadnych wieżowców nie było. Dzieli je wszystko poza chęcią zaistnienia w przestrzeni pozbawioną jakichkolwiek znamion dialogu.

Oczywiście im jakiś fragment miasta droższy, tym ten krzyk musi być głośniejszy, bardziej donośny i nachalny. W mieście zbudowanym na takim krzyku nietrudno o zwyczajny zgiełk. Harmonia staje się towarem deficytowym. Ład staje się abstrakcją. Nasze miasta są więc nieładne nie tylko w potocznym rozumieniu tego słowa. Brakuje im także zwyczajnego ładu – spójności i ciągłości, które podnoszą jakość wspólnej przestrzeni.

Pojedynczy mieszkańcy (wraz ze swoimi potrzebami) często nie mają szansy się przez ten zgiełk przebić. Bo niby jak mieliby walczyć z wielkim deweloperem, firmą wieszającą wielkoformatowe reklamy czy władzami miasta, które wymyśliły, że pod jego oknami wybudują czteropasmową jezdnię. Dziś polskimi miastami rządzi rynek – kto ma pieniądze robi w nich właściwie to co chce. Reszta jest bez znaczenia.

Możemy się temu przeciwstawić – wystarczy działać wspólnie. Pojedynczy głos ginie w wolnorynkowej kakofonii. Głos większej grupy jest już trudniejszy do zignorowania. Trzeba się z nim liczyć, nie można go bagatelizować. Wspólne działanie jest jedynym sposobem na walkę z brakiem harmonii w polskich miastach. Tylko razem możemy zorganizować sobie w nich życie tak jak chcemy.
Wystarczy spojrzeć jakim sukcesem z roku na rok cieszą się budżety obywatelskie. I jakim obciachem dla władz niektórych miast jest ciągle bagatelizowanie tego instrumentu. Dzięki niemu mieszkańcy mogą głośno wyartykułować swoje potrzeby. Wartość tego narzędzia tkwi bowiem nie tylko w tym, że powstają nowe skwery, boiska, miejskie siłownie czy świetlice dla młodzieży. Równie pouczająca jest lista projektów niezrealizowanych. Z niej również wyłania się zbiór potrzeb i bolączek mieszkańców miasta. O priorytetach decyduje dialog. W nim tkwi przyszłość miasta – w równoprawnej rozmowie wszystkich jego mieszkańców. Tylko tak da się też osiągnąć dobro wspólne – ten cudowny kompromis, który sprawia, że wspólnocie żyje się lepiej, mimo że każdy z jej członków musiał z czegoś zrezygnować.
Na szczęście mieszkańcy miast są coraz bardziej świadomi swojej roli i swojego znaczenia w procesie ich kształtowania. Rosną w siłę – ruchy miejskie zyskują na znaczeniu właśnie dlatego, że stają się platformą wyrażania potrzeb mieszkańców miast. Niekiedy brakuje im jednak pieniędzy by zrealizować swoje pomysły. LECHSTARTER daje taką możliwość – pozwoli pozyskać środki na realizację potrzeb mieszkańców miast.

Byłoby wspaniale, gdyby z konkursu skorzystały przede wszystkim lokalne grupy mieszkańców zaangażowanych w przemianę okolicy, w której sami mieszkają. Pod hasłem „zmieniamy na ładne” rozumiemy jednak nie tylko estetyczną, tę czysto wizualną przemianę przestrzeni. Szukać i nagradzać będziemy przede wszystkim projekty, które wprowadzają ten głębiej rozumiany ład czyli harmonię, które przeciwstawiają się kakofonii i odzyskują miasto dla mieszkańców.

Filip Springer jest jurorem programu LECHSTARTER, jesteście ciekawi jak ocenia zgłoszone projekty?

Piękna Polska. Serce rośnie, patrząc na listę zgłoszonych do konkursu Lechstarter projektów.

Przede wszystkim dlatego, że wybija z niej obraz aktywnej, obywatelskiej, zaangażowanej Polski, której mieszkańcy chcą się troszczyć o przestrzeń, w której żyją. I potrafią się zmobilizować, by w krótkim terminie jaki przecież został narzucony w konkursie, zaproponować konkretne zmiany.

Tak, wiem, że czytając tę listę łatwo utknąć w kolejnym mentalnym bąbelku. Można wręcz uwierzyć, że cała Polska jest taka. Zdaję sobie sprawę, że rzeczywistość jest ciut bardziej złożona. Ale gdyby tak na chwilę uwierzyć w obraz społeczeństwa jaki wyłania się z tych projektów? Tak mało dziś utopii, tak mało eksperymentów. No i ciągle narzekamy na brak zaangażowania mieszkańców w sprawy ich lokalnych ojczyzn.

A tutaj wszystkie nadesłane projekty napawają bezgranicznym wręcz optymizmem. Oto bowiem poznajemy ludzi, którzy chcą zmieniać swoje otoczenie, mają na to pomysły i umieją je w atrakcyjny sposób sprzedać. Coraz lepiej potrafią też projektować swoje działania. Rozmawiają ze sobą, wspólnie definiują swoje potrzeby, negocjują priorytety.

Oceniając nadesłane pracy starałem się przede wszystkim brać pod uwagę ich kompleksowość. Wiele z nich miało ten gen. „Zmienianie na ładne” rozumiem nie tylko jako estetyzowanie przestrzeni zaniedbanych (pomalowanie płotu, ławek czy odrapanej ściany), ale także wprowadzanie do nich szerzej pojmowanego ładu i porządku. Tak jak się spodziewałem najsilniej reprezentowaną w mojej kategorii grupą wniosków były wszelkiej maści murale. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że mural sam w sobie, sprawi, że w jakimś miejscu zagości piękno i ład. Dlatego większe szanse na powodzenie miały te projekty, które potrafiły wpisać wykonanie muralu w jakieś szersze działanie – aranżację podwórka, skweru czy pustostanu. Mural nie czyni zmiany, odświeżony dziedziniec, o który wspólnie zatroszczy się jakaś grupa mieszkańców – jak najbardziej tak.

Uczulony byłem też na te wszystkie projekty, które w swej istocie wyręczały samorząd w realizacji jego obowiązków. Nie jest intencją konkursu łatanie dziur budżetowych gmin i miast. To już dość często dzieje się w budżetach obywatelskich, ta ich przypadłość to ogromny problem, bo kanalizuje i marnotrawi społeczną energię.

To co jednak ujęło mnie w nadesłanych pracach najbardziej, to fakt, że szukający rozwiązań nie mieszkańcy nie oglądają się na innych, są odporni (w większości) na trendy, tylko z uwagą rozglądają się po swojej najbliższej okolicy i to w niej szukają potencjału na realizację tych potrzeb. Projekty nadesłane na konkurs nie są wydumanymi koncepcjami – to pomysły twardo stojących w konkretnym miejscu na ziemi ludzi. Mają oni gen odkrywców, w bezpośrednim sąsiedztwie odkrywają miejsca, które dzięki pieniądzom z konkursu chcą odzyskać. Czasem jest to stary park albo skwer, czasem zarośnięty staw, strumyk czy rzeczka, a innym razem zaniedbane boisko i kort tenisowy. Ta świadomość potencjału, jaki drzemie w przestrzeni była najbardziej fascynującym elementem bardzo wielu zgłoszonych projektów.

Udostępnij ten artykuł

Zapisz się do newslettera

Wpisz szukane słowo i kliknij enter